czwartek, 3 stycznia 2013

Zimowe myszołowy jesienią

Mówi się, że pogoda na zdjęcia może być dobra lub bardzo dobra... dziś jest dobra. Nowy rok rozpoczął się deszczowo i wietrznie, z temperaturą nieco powyżej zera. Przynajmniej w mojej części kraju. Czyli jednym słowem pogoda iście wiosenna, ale to niestety nie marzec czy kwiecień, tylko początek stycznia! Na razie nic się nie zapowiada aby zima wróciła, tak więc jestem zmuszony cofnąć się w czasie do... jesieni! Tak, nie pomyliłem się. Zima przyszła do nas ciut wcześniej. Była śnieżna i dość mroźna, choć bardzo krótka. Znalazł się też nawet jeden dzień ze słońcem, który miałem szczęście spędzić w czatowni.
Znienawidzony chyba przez wszystkich dźwięk budzika żwawo oznajmia godzinę piątą. On chyba jako jedyny nie ma oporów wstawać o takiej porze. W głowie kołaczą się zaspane myśli. Spać dalej w ciepłym i wygodnym łóżku, czy wstawać, wyjść na dziesięciostopniowy mróz i spędzić kilka godzin w terenie... Cóż... taka praca ;) Podchodzę do okna. Na termometrze widnieje 15 kresek poniżej zera, a więc trochę więcej niż się spodziewałem. W sumie nic dziwnego, bo na niebie błyszczą tysiące gwiazd. Żadnej chmurki, a więc jest szansa na piękne światełko w dzień. Jest dobrze. Powtarzam swoje poranne czynności i jestem gotowy do wymarszu. Mrozik szczypie w nos, ale po chwili już jestem rozgrzany. Muszę tylko uważać, aby się nie spocić forsownym marszem, objuczony kilogramami sprzętu, bo potem zbyt długo nie wytrzymam z powodu zimna. Do dołka przed budą wrzucam żarcie dla drapoli. Wchodzę do czatowni. W środku nawet przyjemnie. Cicho i dość ciepło. Jednak warto było zainwestować w porządne drzwi, ocieplenie agrowłókniną i grubą warstwą trzcin na zewnątrz. Rozstawiam statyw i montuję obiektyw. Rozsiadam się wygodnie na ławce. Na zdjęcia jeszcze za wcześnie. Zapadam w letarg...
Po jakimś czasie słyszę kruki. One zawsze pierwsze patrolują okolicę. Nawet nie patrzę w wizjer, bo i tak od razu nie siadają, trzeba czekać na sroki. Zawsze kiedy je słyszę zaczyna się ruch przed budą. Tym razem było podobnie. Po chwili wylądowały trzy sroki. Po kilku minutach pierwszy myszołów, a zaraz po nim kruk. Na zdjęcia jeszcze trochę za ciemno, choć już zdawało się widzieć lekką poświatę wschodzącego słońca. Kruk po zorientowaniu się w sytuacji odleciał, obwieszczając to swoim głośnym krakaniem. Niczym nie wzruszone sroki i myszak, dalej pałaszowały wyrzucone im jedzenie. Nagle jak błyskawica spadł z nieba drugi myszołów. Na szczęście słońce zdążyło już wzejść.

No i się zaczęło. Ptaki lądowały co chwilę. Maksymalnie siedziało pięć myszołowów. Oczywiście walk nie zabrakło, bo każdy chciał się dopchać do talerza, a żeby się dopchać musiał wykopać rywala. W przenośni i dosłownie!
Potem był istny pokaz swoich "pióropuszy", czyli bijatyki, drobne sprzeczki, oraz śmieszne pozowanki i straszenie. Może już na razie nic nie będę pisał tylko pokażę zdjęcia. Czasami jakaś chmurka zasłoniła słońce i tworzył się fajny naturalny filtr ;)











Zasiadka nieuchronnie zbliżała się ku końcowi. Może godzina zbyt późna jeszcze nie była ale chłód w stopach i słońce chowające się za drzewa zwiastowało koniec dzisiejszego mroźnego spektaklu przyrody. Chwilowo scena stała się pusta i miałem się już pakować ale kątem oka zobaczyłem, że coś jednak siedzi.
Odwiedził mnie pięknie ubarwiony myszołów. Ewidentnie w jego umaszczeniu, przeważała barwa biała. W sumie nieraz widziałem jasno ubarwione ptaki tego gatunku, ale takiego "białasa" widziałem pierwszy raz. Po chwili dołączył do niego drugi myszołów, już zdecydowanie ciemny. Fajnie kontrastują ze sobą dwa całkiem odmiennie ubarwione ptaki. Oczywiście jak to przy stołówce bywa, nie zabrakło sprzeczek.

I tak zasiadka dobiegła końca. Słońce całkowicie schowało się za drzewa i nieubłaganie zbliżało się ku zachodowi. Wykorzystując nieobecność ptaków chyłkiem wydostałem się z czatowni i począłem zmierzać do domu.


1 komentarz: