W pierwszej połowie lutego już widziałem lecące na wschód pierwsze klucze gęsi... Może i nieduże, ale były! Słyszałem też o pojedynczych osobnikach żurawi w mojej okolicy. Najprawdopodobniej to ptaki które u nas zimowały. Cieszyłem się już, że wiosna zbliżą się do nas nieuchronnie. Coraz bardziej umacniały mnie w tym przekonaniu dni z dodatnią temperaturą. Jednakże, jak to w przyrodzie bywa, nic nie jest pewne. Jedna noc i świat ponownie zrobił się biały... Krajobraz zimowy jest piękny i chyba znowu polubiłem zimę. Ruch ptasiej drobnicy w przydomowym karmniku znowu się nasilił, a już myślałem, że obejdzie się bez kupna dodatkowej ilości karmy dla ptaków. Te kilkadziesiąt kilogramów znowu okazało się za mało.
Odwiedzają mnie praktycznie wszystkie gatunki naszych pięknych sikor. Oczywiście dominują wszędobylskie i wojownicze, o czym się ostatnio przekonałem oglądając krążący po internecie film, bogatki. Nie brakuje teraz również czubatek, których na początku zimy u siebie nie uświadczyłem. Podobnie jest z sosnówkami, jednak te niechętnie siadają na patyczek i korzystają częściej z resztek, leżących na ziemi. Stałym bywalcem od początku zimy są jeszcze u mnie sikory ubogie. Czasami pojawi się również czarnogłówka.
Czubatka
Modraszka
Sikora Uboga
Strasznie mi brak innych gatunków. Kowaliki, zięby, jery, grubodzioby czy dzwońce przykładowo. W ostatnich latach na nasionach żywotnika w moim ogrodzie, posilały się również czyżyki. W tym roku ich niestety nie uświadczyłem.
Za to, uświadczyłem innego gościa, bynajmniej nieopierzonego. Lisek czasami przychodzi posilić się jabłkami, które zostawiam dla kosów i kwiczołów. Zazwyczaj pojawia się w nocy i obserwuję go w świetle ulicznej latarni, ale raz pojawił się w niedzielne południe. Nawet udało mi się wykonać dokumentacyjne zdjęcie z okna pokoju.
Wydawać by się mogło, że sporo gatunków mogę sfotografować nie ruszając się praktycznie z domu, ale niestety tak nie jest i nieraz trzeba przejechać czy przejść sporo kilometrów w śniegu, aby wykonać ujęcia innych gatunków.
Niedawno jadąc polną drogą zauważyłem spore stadko gili, żerujących na przydrożnych chwastach. Są to piękne ptaki. Przy gilach widać ciekawą zależność. U ludzi, płcią piękną nazywamy kobiety, jednakże u ptaków często jest zdecydowanie odwrotnie. I tak samiec gila ma piękne czerwone piórka, a samiczka... taka szara myszka.
Las zimą jest piękny... dla ludzi, bo raczej zwierzęta postrzegają zimę trochę inaczej. Z zimą wiąże się deficyt pożywienia w przyrodzie. Wszystkie krzewinki i porosty pokrywa spora warstwa śnieżnego puchu i żeby się dostać do pożywienia, trzeba sporo przekopać przez śnieg. Jelenie uwielbiają także spałować młodniki. Świeżutka, młoda kora sosen jest ich przysmakiem, ale poprzez ten "proceder" często dają się w znak leśnikom. Ta łania z cielakiem akurat wracała z takiego śniadania.
W styczniu odbyłem także swoją ostatnią w tym sezonie zasiadkę na ptaki drapieżne. Wykorzystałem przy tej okazji wolny dzień i piękne światło jakie wtedy panowało. Ptaki oczywiście dopisały. Myszołowy chyba mnie lubią bo zawsze mogą przy mnie coś ciekawego pojeść. Oczywiście stałym punktem programu jest pokazywany już wcześniej biały myszołów, który rozstawia po kątach swoich pobratymców.
Na koniec chciałbym się trochę pochwalić publikacją, choć nie moją, ale w której można znaleźć kilka moich zdjęć lelków. Leśna Encyklopedia Ornitologiczna - CD, wydana przez Lasy Państwowe, to bardzo ciekawa propozycja dla miłośników ptaków, mających związek ze środowiskiem leśnym. Wzbogacona o świetne nagrania głosów tychże ptaków i zawierająca wiele pięknych zdjęć. Cieszę się, że mogłem zostać wymieniony przy nazwiskach jednych z najlepszych Polskich Fotografów Przyrody.
Pozdrawiam
czwartek, 21 lutego 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Pierwsze zdjęcie 2013 roku...
Praktycznie do połowy stycznia panowała taka szaro-bura aura, bez grama śniegu, za to z deszczem. Generalnie nic nie zachęcało do wyjścia w teren, ale cóż zrobić jak się fotografuje nałogowo. Przed budą dla ptaków drapieżnych nic się nie działo. Myszołowy wolały polować na świeże myszki, niż stołować się u mnie. Tak więc w oczekiwaniu na prawdziwą zimę, pozostawało mi do wyboru albo siedzenie w domu, albo spacery po lesie... i tak idę sobie przez ten las. Smutny bo smutny, do wiosny jeszcze daleko, ale i ta w końcu do nas zawita.
Spacer z ciężkim teleobiektywem nie należy do łatwych. Po jakimś czasie zmęczenie daje o sobie znać i traci się czujność, a zwierz może stać dosłownie za każdym drzewem!
Pozdrawiam
Spacer z ciężkim teleobiektywem nie należy do łatwych. Po jakimś czasie zmęczenie daje o sobie znać i traci się czujność, a zwierz może stać dosłownie za każdym drzewem!
Pozdrawiam
czwartek, 3 stycznia 2013
Zimowe myszołowy jesienią
Mówi się, że pogoda na zdjęcia może być dobra lub bardzo dobra... dziś jest dobra. Nowy rok rozpoczął się deszczowo i wietrznie, z temperaturą nieco powyżej zera. Przynajmniej w mojej części kraju. Czyli jednym słowem pogoda iście wiosenna, ale to niestety nie marzec czy kwiecień, tylko początek stycznia! Na razie nic się nie zapowiada aby zima wróciła, tak więc jestem zmuszony cofnąć się w czasie do... jesieni! Tak, nie pomyliłem się. Zima przyszła do nas ciut wcześniej. Była śnieżna i dość mroźna, choć bardzo krótka. Znalazł się też nawet jeden dzień ze słońcem, który miałem szczęście spędzić w czatowni.
Znienawidzony chyba przez wszystkich dźwięk budzika żwawo oznajmia godzinę piątą. On chyba jako jedyny nie ma oporów wstawać o takiej porze. W głowie kołaczą się zaspane myśli. Spać dalej w ciepłym i wygodnym łóżku, czy wstawać, wyjść na dziesięciostopniowy mróz i spędzić kilka godzin w terenie... Cóż... taka praca ;) Podchodzę do okna. Na termometrze widnieje 15 kresek poniżej zera, a więc trochę więcej niż się spodziewałem. W sumie nic dziwnego, bo na niebie błyszczą tysiące gwiazd. Żadnej chmurki, a więc jest szansa na piękne światełko w dzień. Jest dobrze. Powtarzam swoje poranne czynności i jestem gotowy do wymarszu. Mrozik szczypie w nos, ale po chwili już jestem rozgrzany. Muszę tylko uważać, aby się nie spocić forsownym marszem, objuczony kilogramami sprzętu, bo potem zbyt długo nie wytrzymam z powodu zimna. Do dołka przed budą wrzucam żarcie dla drapoli. Wchodzę do czatowni. W środku nawet przyjemnie. Cicho i dość ciepło. Jednak warto było zainwestować w porządne drzwi, ocieplenie agrowłókniną i grubą warstwą trzcin na zewnątrz. Rozstawiam statyw i montuję obiektyw. Rozsiadam się wygodnie na ławce. Na zdjęcia jeszcze za wcześnie. Zapadam w letarg...
Po jakimś czasie słyszę kruki. One zawsze pierwsze patrolują okolicę. Nawet nie patrzę w wizjer, bo i tak od razu nie siadają, trzeba czekać na sroki. Zawsze kiedy je słyszę zaczyna się ruch przed budą. Tym razem było podobnie. Po chwili wylądowały trzy sroki. Po kilku minutach pierwszy myszołów, a zaraz po nim kruk. Na zdjęcia jeszcze trochę za ciemno, choć już zdawało się widzieć lekką poświatę wschodzącego słońca. Kruk po zorientowaniu się w sytuacji odleciał, obwieszczając to swoim głośnym krakaniem. Niczym nie wzruszone sroki i myszak, dalej pałaszowały wyrzucone im jedzenie. Nagle jak błyskawica spadł z nieba drugi myszołów. Na szczęście słońce zdążyło już wzejść.
No i się zaczęło. Ptaki lądowały co chwilę. Maksymalnie siedziało pięć myszołowów. Oczywiście walk nie zabrakło, bo każdy chciał się dopchać do talerza, a żeby się dopchać musiał wykopać rywala. W przenośni i dosłownie!
Potem był istny pokaz swoich "pióropuszy", czyli bijatyki, drobne sprzeczki, oraz śmieszne pozowanki i straszenie. Może już na razie nic nie będę pisał tylko pokażę zdjęcia. Czasami jakaś chmurka zasłoniła słońce i tworzył się fajny naturalny filtr ;)
Zasiadka nieuchronnie zbliżała się ku końcowi. Może godzina zbyt późna jeszcze nie była ale chłód w stopach i słońce chowające się za drzewa zwiastowało koniec dzisiejszego mroźnego spektaklu przyrody. Chwilowo scena stała się pusta i miałem się już pakować ale kątem oka zobaczyłem, że coś jednak siedzi.
Odwiedził mnie pięknie ubarwiony myszołów. Ewidentnie w jego umaszczeniu, przeważała barwa biała. W sumie nieraz widziałem jasno ubarwione ptaki tego gatunku, ale takiego "białasa" widziałem pierwszy raz. Po chwili dołączył do niego drugi myszołów, już zdecydowanie ciemny. Fajnie kontrastują ze sobą dwa całkiem odmiennie ubarwione ptaki. Oczywiście jak to przy stołówce bywa, nie zabrakło sprzeczek.
I tak zasiadka dobiegła końca. Słońce całkowicie schowało się za drzewa i nieubłaganie zbliżało się ku zachodowi. Wykorzystując nieobecność ptaków chyłkiem wydostałem się z czatowni i począłem zmierzać do domu.
Znienawidzony chyba przez wszystkich dźwięk budzika żwawo oznajmia godzinę piątą. On chyba jako jedyny nie ma oporów wstawać o takiej porze. W głowie kołaczą się zaspane myśli. Spać dalej w ciepłym i wygodnym łóżku, czy wstawać, wyjść na dziesięciostopniowy mróz i spędzić kilka godzin w terenie... Cóż... taka praca ;) Podchodzę do okna. Na termometrze widnieje 15 kresek poniżej zera, a więc trochę więcej niż się spodziewałem. W sumie nic dziwnego, bo na niebie błyszczą tysiące gwiazd. Żadnej chmurki, a więc jest szansa na piękne światełko w dzień. Jest dobrze. Powtarzam swoje poranne czynności i jestem gotowy do wymarszu. Mrozik szczypie w nos, ale po chwili już jestem rozgrzany. Muszę tylko uważać, aby się nie spocić forsownym marszem, objuczony kilogramami sprzętu, bo potem zbyt długo nie wytrzymam z powodu zimna. Do dołka przed budą wrzucam żarcie dla drapoli. Wchodzę do czatowni. W środku nawet przyjemnie. Cicho i dość ciepło. Jednak warto było zainwestować w porządne drzwi, ocieplenie agrowłókniną i grubą warstwą trzcin na zewnątrz. Rozstawiam statyw i montuję obiektyw. Rozsiadam się wygodnie na ławce. Na zdjęcia jeszcze za wcześnie. Zapadam w letarg...
Po jakimś czasie słyszę kruki. One zawsze pierwsze patrolują okolicę. Nawet nie patrzę w wizjer, bo i tak od razu nie siadają, trzeba czekać na sroki. Zawsze kiedy je słyszę zaczyna się ruch przed budą. Tym razem było podobnie. Po chwili wylądowały trzy sroki. Po kilku minutach pierwszy myszołów, a zaraz po nim kruk. Na zdjęcia jeszcze trochę za ciemno, choć już zdawało się widzieć lekką poświatę wschodzącego słońca. Kruk po zorientowaniu się w sytuacji odleciał, obwieszczając to swoim głośnym krakaniem. Niczym nie wzruszone sroki i myszak, dalej pałaszowały wyrzucone im jedzenie. Nagle jak błyskawica spadł z nieba drugi myszołów. Na szczęście słońce zdążyło już wzejść.
No i się zaczęło. Ptaki lądowały co chwilę. Maksymalnie siedziało pięć myszołowów. Oczywiście walk nie zabrakło, bo każdy chciał się dopchać do talerza, a żeby się dopchać musiał wykopać rywala. W przenośni i dosłownie!
Potem był istny pokaz swoich "pióropuszy", czyli bijatyki, drobne sprzeczki, oraz śmieszne pozowanki i straszenie. Może już na razie nic nie będę pisał tylko pokażę zdjęcia. Czasami jakaś chmurka zasłoniła słońce i tworzył się fajny naturalny filtr ;)
Zasiadka nieuchronnie zbliżała się ku końcowi. Może godzina zbyt późna jeszcze nie była ale chłód w stopach i słońce chowające się za drzewa zwiastowało koniec dzisiejszego mroźnego spektaklu przyrody. Chwilowo scena stała się pusta i miałem się już pakować ale kątem oka zobaczyłem, że coś jednak siedzi.
Odwiedził mnie pięknie ubarwiony myszołów. Ewidentnie w jego umaszczeniu, przeważała barwa biała. W sumie nieraz widziałem jasno ubarwione ptaki tego gatunku, ale takiego "białasa" widziałem pierwszy raz. Po chwili dołączył do niego drugi myszołów, już zdecydowanie ciemny. Fajnie kontrastują ze sobą dwa całkiem odmiennie ubarwione ptaki. Oczywiście jak to przy stołówce bywa, nie zabrakło sprzeczek.
I tak zasiadka dobiegła końca. Słońce całkowicie schowało się za drzewa i nieubłaganie zbliżało się ku zachodowi. Wykorzystując nieobecność ptaków chyłkiem wydostałem się z czatowni i począłem zmierzać do domu.
niedziela, 23 grudnia 2012
Wesołych Świąt!
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego Nowego Roku, chciałbym złożyć wszystkim najlepsze życzenia, zdrowia, szczęścia oraz pogody ducha i żeby rok 2013 był jeszcze lepszy od obecnego! :)
Pozdrawiam
Pozdrawiam
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Sóweczka
Oglądając zdjęcia wykonane w Puszczy Białowieskiej, fascynował mnie zawsze krajobraz lasu pierwotnego. Stare wiekowe dęby, olbrzymie świerki, a w szczególności gatunki zwierząt, które można tam spotkać. Między innymi żubry, czy sóweczki. Niestety póki co, nie mogę sobie pozwolić na wyjazd na wschodnie rubieże Polski, więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Akurat żubry występują w mojej okolicy na zachodnim pomorzu, tak o sóweczce, nic nie słyszałem... Często chodząc po lesie marzyłem aby móc je fotografować i u siebie. Poczuć choć malutką częścią klimat obcowania w puszczy. Nigdy nie sądziłem, że to marzenie się ziści.
W połowie września, wracałem z niezbyt udanych obserwacji rykowiska. Byki odzywały się chimerycznie i ruch na łące był niewielki. Widocznie jeszcze było za wcześnie na nie. Mieliśmy z tatą nadzieje na obserwacje przy księżycu, ale i z tego wyszły z tego nici, bo nagle niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami i nic nie zwiastowało zmiany sytuacji. Postanowiliśmy powoli wracać do domu. Do samochodu mieliśmy niezły kawałek drogi, więc w międzyczasie zatrzymaliśmy się posłuchać odgłosów rykowiska. Noc była dość cicha. W oddali stękał byczek i zawył leniwie wilk... jednak tej nocy słyszałem jeszcze jeden dźwięk. Wiedziałem co to jest. Odpowiedział kilkoma gwizdami. Po chwili ptak odzywał już się nad nami w koronie sosny. Oczywiście była to sóweczka! Już wiedziałem nad czym będę pracował w najbliższym czasie. Kolejne wyprawy, ukierunkowane już konkretnie na tego ptaka niestety przyniosły mizerny efekt. To pogoda nie odpowiadała, to sowa się nie odzywała czy nie chciała zejść niżej nad ziemię... Przełom nastąpił niespodziewanie po tygodniu. Wracając do domu, zajechałem jeszcze po drodze poszwendać się po świerkach. Wyszedłem z samochodu, rozejrzałem się i kilka razy zagwizdałem. Jak zwykle w szał wpadła ptasia drobnica, której sóweczka jest postrachem. Początkowo byłem pewien, że to ja spowodowałem ten alarm, ale po chwili udało mi się wyłuskać z mieszaniny dźwięków mysikrólików, zniczków, strzyżyków i sikor ten głos! Tak to była ona. W końcu przyleciała. Szybko wyjąłem z plecaka sprzęt i zaszywam się w świerki. Niestety dojrzenie sóweczki jest nie lada wyczynem. Jest mniejsza nawet od sójki, ale kiler z niej nie lada. W końcu udało się ją wypatrzeć. Usiadła na świerkowej gałęzi. Świetnie kontrastowała z świerkowymi igłami i widać bardzo dobrze, jakie jest z niej maleństwo.
Na szczęście do płochliwych ten ptak nie należy. Kilka kroków i mam ją ciut bliżej.
W międzyczasie sóweczkę odciągał ode mnie pogwizdywaniem inny osobnik. Ale chyba dzięki temu nie było nudy, choć i tak mimo znikomej płochliwości przy tym ptaku nie można się nudzić.
Po tej sesji dałem tym ptakom spokój. To była para sóweczek. Jesień, zajmowanie terytoriów. Niech w spokoju czekają do wiosny, do odchowu młodych...
Pozdrawiam
W połowie września, wracałem z niezbyt udanych obserwacji rykowiska. Byki odzywały się chimerycznie i ruch na łące był niewielki. Widocznie jeszcze było za wcześnie na nie. Mieliśmy z tatą nadzieje na obserwacje przy księżycu, ale i z tego wyszły z tego nici, bo nagle niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami i nic nie zwiastowało zmiany sytuacji. Postanowiliśmy powoli wracać do domu. Do samochodu mieliśmy niezły kawałek drogi, więc w międzyczasie zatrzymaliśmy się posłuchać odgłosów rykowiska. Noc była dość cicha. W oddali stękał byczek i zawył leniwie wilk... jednak tej nocy słyszałem jeszcze jeden dźwięk. Wiedziałem co to jest. Odpowiedział kilkoma gwizdami. Po chwili ptak odzywał już się nad nami w koronie sosny. Oczywiście była to sóweczka! Już wiedziałem nad czym będę pracował w najbliższym czasie. Kolejne wyprawy, ukierunkowane już konkretnie na tego ptaka niestety przyniosły mizerny efekt. To pogoda nie odpowiadała, to sowa się nie odzywała czy nie chciała zejść niżej nad ziemię... Przełom nastąpił niespodziewanie po tygodniu. Wracając do domu, zajechałem jeszcze po drodze poszwendać się po świerkach. Wyszedłem z samochodu, rozejrzałem się i kilka razy zagwizdałem. Jak zwykle w szał wpadła ptasia drobnica, której sóweczka jest postrachem. Początkowo byłem pewien, że to ja spowodowałem ten alarm, ale po chwili udało mi się wyłuskać z mieszaniny dźwięków mysikrólików, zniczków, strzyżyków i sikor ten głos! Tak to była ona. W końcu przyleciała. Szybko wyjąłem z plecaka sprzęt i zaszywam się w świerki. Niestety dojrzenie sóweczki jest nie lada wyczynem. Jest mniejsza nawet od sójki, ale kiler z niej nie lada. W końcu udało się ją wypatrzeć. Usiadła na świerkowej gałęzi. Świetnie kontrastowała z świerkowymi igłami i widać bardzo dobrze, jakie jest z niej maleństwo.
Na szczęście do płochliwych ten ptak nie należy. Kilka kroków i mam ją ciut bliżej.
Po tej sesji dałem tym ptakom spokój. To była para sóweczek. Jesień, zajmowanie terytoriów. Niech w spokoju czekają do wiosny, do odchowu młodych...
Pozdrawiam
sobota, 1 grudnia 2012
Pierwsza zasiadka...
... w zimowej czatowni. Wszak jeszcze zima się tak naprawdę na dobre nie zaczęła, ale wczorajszy delikatny śnieg i nocny przymrozek zmobilizowały mnie do pierwszego w tym roku "posiedzenia" przy nęcisku, na różnego typu "ścierwojady" brzydko mówiąc, a w rzeczywistości bardzo inteligentne ptaki. Myszołowy, kruki, bieliki... Od kilku dni nęcę różnego typu smakołykami, czyli wątróbka, płucka itp. i regularnie wszystko znika, tak więc liczyłem na przybycie gości.
Budzik zwiastuje godzinę 5:30 donośnym dźwiękiem. Szybko go wyłączam, aby nie zbudził reszty domowników. Jeszcze chwilę leżem z zamkniętymi oczami, ale wiem, że muszę wstawać, bo sobie potem nie daruje. Toaleta, gorąca herbata w termos, zebranie niezbędnego szpeju, ciepłe ciuchy i mogę wychodzić.
Jakoś tak miło się zrobiło po wyjściu z domu, w sumie uroczysta chwila - pierwsza zasiadka na "drapole". Dochodząc do budy słychać było kruki. Rzuciłem wiadro patrochów w dołek i znikam w środku czatowni. Rozkładam sprzęt, szkło w dziurę, kontrolne sprawdzenie przedpola i zapadam w letarg, czekając na przejaśnienie. Po jakimś czasie słychać już było myszołowy i kruki oraz skrzekot srok, które jako pierwsze się dziś zjawiły na nęcisku, prawie równocześnie z pierwszym myszołowem.
Myszak w asyście kilku srok chwilę się u mnie stołował, by nagle wzbić się gwałtownie w powietrze. Równocześnie koncert zaczęły kruki. Po chwili wszystko się wyjaśniło kto był sprawcą zamieszania. Bielik, bo to o nim mowa usiadł na uboczu. Piękny i dostojny. Powoli zacząłem namierzać go obiektywem, ale nie zdążyłem - odleciał. No trudno czekamy dalej. Sroki powróciły do ucztowania. Po chwili się sytuacja powtórzyła. Sroki w nogi, a na scenę bielik. Również i tym razem trzymał się na uboczu, ale przynajmniej pozwolił sobie zrobić kilka zdjęć.
Nie zabawił jednak na scenie dłużej. Nie zabrał się do jedzenia i niepokojony z powietrza przez kruki oddalił się na swoje stanowisko obserwacyjne. Bieliki z kolei, bo ogółem były dwa, nie dopuszczały za to myszołowów do stołówki, które w akcie rozpaczy jedynie wydzierały się z sąsiednich drzew.
Chwila wytchnienia po wizycie bielików i przed czatownię powróciły sroki oraz zaczęły się zlatywać kruki. Te czarne żarłoki pożerały niebotyczną ilość pokarmu, który znikał w zastraszającym tempie.
Na ostatki przyleciał jednooki myszak. Pewnie stracił oko, w walce z rywalem. Nic dziwnego, bo był dość wojowniczy. Rozstawiał po kątach nawet kruki.
Po godzinie dziesiątej, przedpole zrobiło się puste. Zamilkły odgłosy ptaków z sąsiednich drzew. Jedzenie się skończyło. Nic tu po mnie, spakowałem się i wróciłem do domu, by nazajutrz wrócić tu ponownie, tym razem cieplej ubrany i z większą ilością prowiantu dla ptaków.
Budzik zwiastuje godzinę 5:30 donośnym dźwiękiem. Szybko go wyłączam, aby nie zbudził reszty domowników. Jeszcze chwilę leżem z zamkniętymi oczami, ale wiem, że muszę wstawać, bo sobie potem nie daruje. Toaleta, gorąca herbata w termos, zebranie niezbędnego szpeju, ciepłe ciuchy i mogę wychodzić.
Jakoś tak miło się zrobiło po wyjściu z domu, w sumie uroczysta chwila - pierwsza zasiadka na "drapole". Dochodząc do budy słychać było kruki. Rzuciłem wiadro patrochów w dołek i znikam w środku czatowni. Rozkładam sprzęt, szkło w dziurę, kontrolne sprawdzenie przedpola i zapadam w letarg, czekając na przejaśnienie. Po jakimś czasie słychać już było myszołowy i kruki oraz skrzekot srok, które jako pierwsze się dziś zjawiły na nęcisku, prawie równocześnie z pierwszym myszołowem.
Myszak w asyście kilku srok chwilę się u mnie stołował, by nagle wzbić się gwałtownie w powietrze. Równocześnie koncert zaczęły kruki. Po chwili wszystko się wyjaśniło kto był sprawcą zamieszania. Bielik, bo to o nim mowa usiadł na uboczu. Piękny i dostojny. Powoli zacząłem namierzać go obiektywem, ale nie zdążyłem - odleciał. No trudno czekamy dalej. Sroki powróciły do ucztowania. Po chwili się sytuacja powtórzyła. Sroki w nogi, a na scenę bielik. Również i tym razem trzymał się na uboczu, ale przynajmniej pozwolił sobie zrobić kilka zdjęć.
Nie zabawił jednak na scenie dłużej. Nie zabrał się do jedzenia i niepokojony z powietrza przez kruki oddalił się na swoje stanowisko obserwacyjne. Bieliki z kolei, bo ogółem były dwa, nie dopuszczały za to myszołowów do stołówki, które w akcie rozpaczy jedynie wydzierały się z sąsiednich drzew.
Chwila wytchnienia po wizycie bielików i przed czatownię powróciły sroki oraz zaczęły się zlatywać kruki. Te czarne żarłoki pożerały niebotyczną ilość pokarmu, który znikał w zastraszającym tempie.
Na ostatki przyleciał jednooki myszak. Pewnie stracił oko, w walce z rywalem. Nic dziwnego, bo był dość wojowniczy. Rozstawiał po kątach nawet kruki.
Po godzinie dziesiątej, przedpole zrobiło się puste. Zamilkły odgłosy ptaków z sąsiednich drzew. Jedzenie się skończyło. Nic tu po mnie, spakowałem się i wróciłem do domu, by nazajutrz wrócić tu ponownie, tym razem cieplej ubrany i z większą ilością prowiantu dla ptaków.
środa, 21 listopada 2012
Wilk
Pierwszy raz zobaczyłem wilki na wolności w dzieciństwie mając jakieś 12 lat. Siedziałem wtedy na ambonie z lornetką. To było niesamowite uczucie, kiedy niespodziewanie na zrąb wyszły 4 dorosłe wilki. Było to grubo przed zachodem słońca więc mogłem je sobie dokładnie obejrzeć, tym bardziej, że przeszły bardzo blisko ambony.
Jak dotąd to było moje jedyne naoczne spotkanie z tymi drapieżnikami. Co prawda często spotykałem po "białej stopie" ich tropy i nocami słyszałem wycie, ale zobaczyć samego wilka nie jest tak łatwo. Większą role odgrywa tu przypadek i szczęście, niż zaplanowane poszukiwania. Ale szczęście nieraz dopisuje i w tym roku aż trzy razy byłem w odpowiednim miejscu i czasie! Ale niestety tylko dwa razy miałem przy sobie aparat i udało mi się wykonać fotografie młodych wilków.
Na początku lipca tego roku, jechałem z tatą przez las, wzdłuż sporego młodnika. Wyjeżdżając powoli zza zakrętu dostrzegliśmy w oddali niedużych rozmiarów zwierzęta. Początkowo myśleliśmy, że to warchlaki ale kiedy podjechaliśmy bliżej, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom! To było młode wilczki. Momentalnie się rozpierzchły, ale udało nam się naliczyć około 8 sztuk. Udało mi się wtedy wykonać tylko jedno kiepskiej jakości zdjęcie, ale spotkanie zostanie zapamiętane na lata. Zdjęcia jeszcze może się kiedyś zrobi, a jak nie to też nic się nie stanie. Nic za wszelką cenę.
Nie dane mi było długo czekać na kolejne spotkanie. Łowiłem ryby. Niewielka śródleśna łąka, z niedużym stawem na środku. Ryby były coś wtedy chimeryczne. Jedyną atrakcją, było kilka leniwych wahnięć spławika na gładkiej jak lustro tafli. W pewnej chwili ciszę zmącił delikatny szelest nieopodal. Z początku to zlekceważyłem, pewnie bóbr - pomyślałem. Kiedy po chwili szelest się powtórzył wstałem z krzesełka i spojrzałem w kierunku skąd dochodził do mnie ten dźwięk. No i wszystko jasne, to moja znajoma "młodzieńcza" wataha. Jednak tym razem naliczyłem 5 sztuk, pewnie za pierwszym razem się pomyliłem w liczeniu przez zamieszanie, ale kto wie... Wilczki przez moment popatrzyły na mnie i zbiegły do lasu. Trochę na siebie psioczyłem w duchu, że nie zabrałem aparatu, no ale cóż - ironia losu.
Na drugi dzień kiedy kończyłem dość udaną zasiadkę na zimorodka, postanowiłem jeszcze na koniec podjechać na wczorajsze miejsce, gdzie spotkałem wilki. Samochód postawiłem kawałek dalej i szybkim marszem szedłem wzdłuż łąki. Trudno było pogodzić pośpiech i ostrożność, ale musiałem się spieszyć bo zaczynało się ściemniać. Doszedłem na miejsce. Wilków niestety nie było, ale widać było wygniecioną trawę i ślady baraszkowania wokół rowu melioracyjnego. Postałem jeszcze chwilę gapiąc się martwym wzrokiem w te trawy i postanowiłem wracać. Odwracając głowę, mój wzrok przykuł jakiś ruch w trzcinach. Po dokładniejszym przyjrzeniu się dostrzegłem młodzieńczego wilka! Eh... gdybym wziął statyw i chwilę przycupnął gdzieś na skraju rowu, pewnie miałbym fajne ujęcia, a tak.... No trudno. Zrobiłem kilka ujęć. Niestety z emocji, zapadającego zmierzchu i braku stabilizacji w szkle, wyszły wątpliwej jakości, ale dokument jak najbardziej jest i z tego się cieszę. Po usłyszeniu migawki wilk zatrzymał się i powoli wycofał, by stanąć na dobrą minutę w miejscu, z którego wyszedł na łąkę. Stary by pewnie od razu zwiał, ale młody, niedoświadczony jedynie oblizał się i powoli oddalił z miejsca z którego wyszedł.
Sympatyczna "psina". Popatrzyłem jeszcze chwile w miejsce gdzie zniknął mi z oczu, gdy nagle za plecami jakieś 200 metrów dalej w lesie, usłyszałem długie i przeciągłe ałuuuuuuuu.... Niesamowite przeżycie i klimat jak z książek J.Londona. Sam w lesie, zapadający zmrok i wycie wilków. Pięknie. Po całym ciele poczułem dreszcze, ale to bardziej z emocji niż ze strachu. Wycie się powtórzyło jeszcze dwa razy, by już na dobre zamilknąć. Stałem tak do całkowitej ciemności i wróciłem do samochodu a potem do domu.
Jak dotąd to było moje jedyne naoczne spotkanie z tymi drapieżnikami. Co prawda często spotykałem po "białej stopie" ich tropy i nocami słyszałem wycie, ale zobaczyć samego wilka nie jest tak łatwo. Większą role odgrywa tu przypadek i szczęście, niż zaplanowane poszukiwania. Ale szczęście nieraz dopisuje i w tym roku aż trzy razy byłem w odpowiednim miejscu i czasie! Ale niestety tylko dwa razy miałem przy sobie aparat i udało mi się wykonać fotografie młodych wilków.
Na początku lipca tego roku, jechałem z tatą przez las, wzdłuż sporego młodnika. Wyjeżdżając powoli zza zakrętu dostrzegliśmy w oddali niedużych rozmiarów zwierzęta. Początkowo myśleliśmy, że to warchlaki ale kiedy podjechaliśmy bliżej, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom! To było młode wilczki. Momentalnie się rozpierzchły, ale udało nam się naliczyć około 8 sztuk. Udało mi się wtedy wykonać tylko jedno kiepskiej jakości zdjęcie, ale spotkanie zostanie zapamiętane na lata. Zdjęcia jeszcze może się kiedyś zrobi, a jak nie to też nic się nie stanie. Nic za wszelką cenę.
Nie dane mi było długo czekać na kolejne spotkanie. Łowiłem ryby. Niewielka śródleśna łąka, z niedużym stawem na środku. Ryby były coś wtedy chimeryczne. Jedyną atrakcją, było kilka leniwych wahnięć spławika na gładkiej jak lustro tafli. W pewnej chwili ciszę zmącił delikatny szelest nieopodal. Z początku to zlekceważyłem, pewnie bóbr - pomyślałem. Kiedy po chwili szelest się powtórzył wstałem z krzesełka i spojrzałem w kierunku skąd dochodził do mnie ten dźwięk. No i wszystko jasne, to moja znajoma "młodzieńcza" wataha. Jednak tym razem naliczyłem 5 sztuk, pewnie za pierwszym razem się pomyliłem w liczeniu przez zamieszanie, ale kto wie... Wilczki przez moment popatrzyły na mnie i zbiegły do lasu. Trochę na siebie psioczyłem w duchu, że nie zabrałem aparatu, no ale cóż - ironia losu.
Na drugi dzień kiedy kończyłem dość udaną zasiadkę na zimorodka, postanowiłem jeszcze na koniec podjechać na wczorajsze miejsce, gdzie spotkałem wilki. Samochód postawiłem kawałek dalej i szybkim marszem szedłem wzdłuż łąki. Trudno było pogodzić pośpiech i ostrożność, ale musiałem się spieszyć bo zaczynało się ściemniać. Doszedłem na miejsce. Wilków niestety nie było, ale widać było wygniecioną trawę i ślady baraszkowania wokół rowu melioracyjnego. Postałem jeszcze chwilę gapiąc się martwym wzrokiem w te trawy i postanowiłem wracać. Odwracając głowę, mój wzrok przykuł jakiś ruch w trzcinach. Po dokładniejszym przyjrzeniu się dostrzegłem młodzieńczego wilka! Eh... gdybym wziął statyw i chwilę przycupnął gdzieś na skraju rowu, pewnie miałbym fajne ujęcia, a tak.... No trudno. Zrobiłem kilka ujęć. Niestety z emocji, zapadającego zmierzchu i braku stabilizacji w szkle, wyszły wątpliwej jakości, ale dokument jak najbardziej jest i z tego się cieszę. Po usłyszeniu migawki wilk zatrzymał się i powoli wycofał, by stanąć na dobrą minutę w miejscu, z którego wyszedł na łąkę. Stary by pewnie od razu zwiał, ale młody, niedoświadczony jedynie oblizał się i powoli oddalił z miejsca z którego wyszedł.
Sympatyczna "psina". Popatrzyłem jeszcze chwile w miejsce gdzie zniknął mi z oczu, gdy nagle za plecami jakieś 200 metrów dalej w lesie, usłyszałem długie i przeciągłe ałuuuuuuuu.... Niesamowite przeżycie i klimat jak z książek J.Londona. Sam w lesie, zapadający zmrok i wycie wilków. Pięknie. Po całym ciele poczułem dreszcze, ale to bardziej z emocji niż ze strachu. Wycie się powtórzyło jeszcze dwa razy, by już na dobre zamilknąć. Stałem tak do całkowitej ciemności i wróciłem do samochodu a potem do domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)